Teoria Edwardsa

Według Edwardsa, tak jak poczucie słodyczy miodu wyprzedza nasz sąd teoretyczny, że miód jest słodki, i stanowi jego podstawę, tak też uczucie czy poczucie, powiedzmy, świętości Boskiej leży u podstaw sądu, że Bóg jest święty. Mówiąc ogólnie, tak jak poczucie piękna przedmiotu czy moralnej doskonałości osoby stanowi założenie sądów dających wyraz temu poczuciu czy doznaniu, tak też poczucie doskonałości Boskiej stanowi założenie naszych „mózgowych” sądów o Bogu. Zwrot „tak jak” podlega, być może, krytyce, ponieważ poczucie Boga jest według Edwardsa zgodą naszego bytu na byt Boski i ma nadnaturalne źródła. Rzecz w tym jednak, że człowiek może uświadamiać sobie Boga dzięki pewnej postaci doświadczenia, podobnego do doświadczenia zmysłowego i do przyjemności, jaką odczuwamy oglądając piękny przedmiot czy widząc wyraz doskonałości moralnej.

W teorii tej możemy upatrywać bodaj wpływ empiryzmu Locke’a. Oczywiście nie chcę sugerować, że sam Locke opierał wiarę w Boga na uczuciu i intuicji. Jego podejście do tej sprawy było racjonalistyczne, a jego nieufność wobec „entuzjazmu” jest szeroko znana. Ale nacisk, jaki kładł ogólnie na pierwotność doświadczenia zmysłowego, mógł być z powodzeniem jednym z czynników, jakie wpłynęły na myśl Edwardsa, choć wpływ Hutchesona idei poczucia piękna moralnego czy doskonałości jest na pewno bardziej oczywisty.

Edwards żył za krótko, by przeprowadzić swój zamysł stworzenia całej teologii, systematycznie wyłożonej wedle nowej metody. Ale jako teolog wywierał bardzo silny wpływ, zaś jego próba zespolenia teologii kalwinizmu, idealizmu, empiryzmu Locke’a i Newtonowskiego poglądu na świat stanowi pierwszy wybitniejszy przejaw myśli amerykańskiej.

Próba oddzielenia purytańskich cnót moralnych od ich teologicznego tła

W Europie XVIII wiek był wiekiem Oświecenia. Ameryka również miała to, co zwie się zwykle jej Oświeceniem. W dziedzinie filozofii nie wytrzymuje ono wprawdzie porównania z jego odpowiednikami w Anglii i Francji, ale mimo to jest ważne w dziejach amerykańskiego życia.

Pierwszą osobliwością, którą możemy odnotować, jest próba oddzielenia purytańskich cnót moralnych od ich teologicznego tła, czego dobrym przykładem są rozważania Benjamina Franklina (1706-1790). Wielbiciel Williama Wollastona, angielskiego deisty, Franklin na pewno nie był człowiekiem, który miałby postępować śladami Samuela Johnsona czy Jonathana Edwardsa. Objawienie, jak oświadczał, nie miało dla niego żadnego znaczenia, a był też przeświadczony, że moralności należy nadać raczej utylitarną niż teologiczną podstawę. Pewne rodzaje czynów są zbawienne dla człowieka i społeczeństwa, inne zaś są szkodliwe. Te pierwsze można uznać za zalecone, te drugie za zabronione. Użyteczność uzasadnia takie cnoty jak umiarkowanie i pilność. Ich przeciwieństwa zasługują na naganę, są bowiem szkodliwe dla interesów społeczeństwa i dla osobistego powodzenia.

Mimo sławy, trudno byłoby uznać Franklina za głębokiego filozofa, choć był jednym z twórców Amerykańskiego Towarzystwa Filozoficznego. A wyśmianie jego poglądów etycznych jest sprawą łatwą. Franklin niewątpliwie wynosił prawdomówność, szczerość i prawość, cnoty wysoce cenione przez purytanów jako istotne dla powodzenia ludzi. Ale gdy wysławia się te cnoty, ponieważ, w ogólnym rachunku, ludzie prawdomówni i szczerzy mają większe szanse powodzenia w życiu niż nieprawdomówni i nieszczerzy, miejsce religijnego idealizmu najlepszych umysłów purytańskich zajmuje jakiś banalny pragmatyzm. Nie chodzi już o to, że człowiek ma stać się na obraz Boga, jak to było u bardziej platońsko myślących teologów purytańskich. Chodzi raczej o to, że „wczesne zasypianie i wczesne wstawanie daje zdrowie, bogactwo i mądrość”. Zasada może rozsądna, ale nie szczególnie budująca.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>